Część czwarta - home, sweet home.

Ciężko dudniąc i sapiąc, Ekspres Londyn - Hogwart, stopniowo zmniejszał swoją prędkość, aż w końcu wydał z siebie ostatnie buchnięcie pary i zatrzymał się z ostrym szarpnięciem. Uczniowie wysypali się na korytarze niczym Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta i powłócząc nogami, przemieszczali się w stronę wyjścia z pociągu, nieustannie tamując sobie nawzajem drogę. Niektórzy kadeci-nowicjusze trzymali się kurczowo swoich szat, bojąc się, że wyżsi nie tylko o głowę kompani stratują ich, zanim będzie im dane rzucić swoje pierwsze zaklęcia. Starsi uczniowie umyślnie rozpychali się swoimi łokciami, wykorzystując okazję, aby posłać kuksańca w bok nielubianemu towarzyszowi szkolnych doli i niedoli albo zagadać jakąś wyjątkowo urodziwą koleżankę, wydając przy tym strasznie dużo dźwięków. Skrawek czasu, który okazał się niezbędny na przemierzenie ciasnego trotuaru dla siedmiu grup czarodziejów, wystarczył, aby aura letniego wieczoru zniknęła na dobre. Smoliste cumulonimbusy (nazwane tak na cześć słynnego skandynawskiego maga Nimbusa Culo, który jako pierwszy wykorzystał energię burzową do czarów) zakryły całe niebo, błyskając między sobą złowrogo.
Niebotyczne krople zimnego deszczu pojawiły się wszędzie, zwłaszcza tam, gdzie nikt ich nie pragnął. Powoli moknące powozy stały idealnie równo, a brodaty olbrzym, prychając pod nosem na pogodę, czekał już gotowy na odtransportowanie kolejnego rocznika dzieciaków.
- A tam, a tam, przecież się nie potopicie ani z cukru nie jesteście, pierwszoroczni za mną! Pierwszoroczni, tutaj, proszę!


W całym nagle zaistniałym rozgardiaszu, potęgowanym jeszcze przez ogłuszające grzmoty, Ebony straciła kontakt ze swoimi towarzyszkami, dając się wynieść tłumowi na zamokły peron.
Stanęła w miejscu niczym skamieniała, zapominając zupełnie o konieczności wyczarowania sobie parasola albo przynajmniej naciągnięcia na głowę kaptura.
Na dobrą sprawę mogłaby rzucić w niepamięć również oddychanie czy mruganie - kiedy patrzyła na Cedrika, pompowanie krwi do serca przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Stał nieopodal niej, mozolnie tłumacząc coś małemu, sprawiającemu wrażenie kurczącego się w sobie, chłopcu, nie zdradzając przy tym ani grama irytacji, chociaż mokra grzywka, mimo licznych jej odgarnięć, nie przestawała lepić mu się do czoła, a malec nieustannie paplał. Uśmiechnęła się do siebie, widząc, jak energicznie kręci głową i wyciąga przed siebie rękę, w którą niemal topiący się w swojej szacie brunecik wkłada mu kudłatego, niewyobrażalnie brzydkiego gryzonia. Żyjątko, – w którym blondynka rozpoznała sławnego zapewne już szczurolika – wylądowało w bocznej kieszeni stroju Puchona, a na odchodnym machnął on jeszcze na chłopczyka różdżką, aby wypompować z jego szaty nadmiar wody.
- Jesteś niepoważna! – Gdzieś za swoim prawym uchem, Ebony usłyszała znajomy głos, który wyrwał ją z obserwacji. Obróciła się automatycznie i stanęła twarzą w twarz z innym uczniem Hufflepuffu – Linusem Windformem. Jego całkiem przystojna, a przy tym nieprzemoczona buźka, zdradzała dezaprobatę, a zarazem odrobinę niedowierzenia.
- Och, cześć – odparła, mając nadzieję, że blondyn nie odgadnie powodu, dla którego przez kilka ostatnich sekund nie ruszyła się z miejsca. Potrzeba informowania jeszcze jednej osoby o stanie jej uczuć znajdowała się na szarym końcu ich listy. – Nie potrafię zlokalizować dziewczyn, więc miałam nadzieję, że one tak mnie znajdą.
- O tam. – Lawrence zauważyła, że Puchon trzyma w ręce rozświetloną różdżkę, dopiero, gdy nakreślił nią drogę w powietrzu. Idąc za wskazanym kierunkiem, dostrzegła swoje zgubione wcześniej trio – Salma szła ze spuszczoną głową, celując zaklęciem w każdą napotkaną kałużę, w którą Meredith buntowniczo tupała, a Astrid usiłowała każdym możliwym sposobem uratować swoje blond pukle.
- Dziwna beztroska, co? – Zagadnęła, całkowicie ustępując sile naporu jego ramienia, dając tym samym prowadzić się niczym małe dziecko. – Kilka godzin temu włosy jeżyły się im na głowie od czytania Proroka, teraz największym problemem jest kilka kropel deszczu.
- Byłaś na mistrzostwach? – Zapytał nie bez cienia poirytowania w głosie.
- Aha – odbąknęła, spoglądając na niego drobinę speszonym wzrokiem. – Mój tata miał tam do wykonania jakieś zadanie z Ministerstwa, więc ruszyliśmy kilka dni wcześniej, a gdy zrobiło się gorąco, sam został, a mnie wysłał do domu z Cedrikiem.
Szatyn pokiwał jedynie głową, dając do zrozumienia, że słuchał i zrozumiał, ale nie zdobył się nawet na jedno słowo komentarza, wbijając wzrok stalowoszarych tęczówek w czarne jak smoła niebo.
W kompletnej ciszy podeszli do powozu, w którym czekały już przyjaciółki Ebony, wykrzykujące słowa dezaprobaty i nakłaniając ją do natychmiastowego wejścia do środka.
- „Protego” ochroni cię nawet przed ulewą, do zobaczenia w zamku. – Uśmiechnął się posępnie i nie czekając na słowa odpowiedzi, zniknął w ogłuszających kroplach deszczu.
Ebony niezgrabnie wdrapała się do środka i z największą przyjemnością usiadła na zielonej, miękkiej kanapie, która – ku jej ogromnemu zdziwieniu – okazała się być przemoczona do ostatniej, stanowiącej idealne wykończenie, złotej nitki.
- Nie dziw się, z nas zdążyło już wypłynąć, kiedy ty sobie spacerowałaś. – Siedząca po jej lewej stronie Meredith posłała jej wyzywające spojrzenie, natomiast Salma sprytnie wykorzystała moment nieuwagi towarzyszek na wyciągnięcie swojej długiej różdżki i wyszeptanie zaklęcia rozgrzewającego. Cały powóz natychmiastowo wypełnił się mlecznobiałymi kłębami wirującej pary oraz zdezorientowanymi damskimi krzykami, którym przewodziła Astrid, klnąc się, na czym świat stoi.
- Będę miała trwałą na głowie, jak Boga kocham! 
- Protego! - Ebony, bez chwili zastanowienia, machnęła różdżką w jej stronę, ciekawa, jak szeroki jest zakres owego zaklęcia. Ku jej uciesze, był on szerszy niż mogłoby się wydawać i parująca zewsząd woda nie mogła stanowić zagrożenia dla największej dumy jej przyjaciółki. 
- No, no, no. – Ast wyszczerzyła się w pełnym podziwu uśmiechu. – Ktoś, nie powiem, kto, chyba postanowił się trochę podszkolić przez wakacje.
- Oczywiście, że tak. – Lawrence dumnie wypięła niepozornego rozmiaru pierś do przodu. – Wiesz… Bardzo ciężko było mi porzucić moje ukochane eliksiry, ich mieszanie, podgrzewanie, studzenie, czy co tam się jeszcze z nimi robi na rzecz czegoś innego, ale pocieszałam się myślą, że już niedługo wrócę z powrotem do lochów w ramiona mojego ukochanego profesora…
Cała czwórka wybuchła radosnym śmiechem, po raz kolejny, dając się ponieść młodzieńczej beztrosce i infantylności.


 


Stukając niewielkimi obcasami o mokre schody kamiennego wejścia, Puchonki pokonały odcinek drogi dzielący ich powóz od bijącego dziesiątkami światełek zamku. Hogwart nigdy nie wyglądał tak samo i za każdym razem zaskakiwał czymś zupełnie nowym. Surowy swoją topornością, ale zarazem rozgrzany niezliczoną ilością iskier, dający niezmącone uczucie bezpieczeństwa w skutek tej samej stabilności. Na tle czarnego nieba jawił się niczym zapalona pochodnia, odbijając od siebie strugi deszczu i niszczycielskie pioruny.
Chociaż na zewnątrz wydawał się być najbardziej niesamowitym monstrum, to, co można było zobaczyć w środku, przekraczało wszystkie granice. Wyglancowane, wielokolorowe posadzki, obrazy pełne najbardziej znamienitych osobowości i wydarzeń, ciężkie, zawieszone u sufitów żyrandole oraz coś, czego nie można było dokładnie sprecyzować, czego odczuwanie było sprawą niesłychanie indywidualną. Swojego rodzaju napięcie, prawie namacalne opuszkami palców, chociaż niematerialne.
Wisienką na szczycie magicznego tortu była jednak Wielka Sala – każdego dnia skupiająca w sobie cały magiczny potencjał Hogwartu.


Sklepienie nad głowami uczniów nieustannie zmieniało swój kolor – od intensywnego chabrowego, przez kobaltowy, aż do niemożliwie chłodnej, atramentowej barwy, będąc prawie nieustannie przecinane przez ładunki elektryczne skondensowane w postaci pociągłych, pełnych rozwidleń krech.
Za każdym razem, gdy wyładowanie następowało w bliższej odległości, Ebony coraz mocniej zaciskała pięści, uniemożliwiając dopływ krwi do swoich chudych palców. Odkąd pamiętała, zawsze bała się burz i gdy tylko miała okazję, chowała się przed nimi pod grubą warstwą kołdry – niestety w chwili obecnej jedyną drogą ratunku byłoby dla niej wejście pod długi, ciągnący się niemal przez całą salę stół, a na to zdecydowanie nie mogła sobie pozwolić.
- Nie wiem, czy bardziej jestem mokra, czy głodna, ale żaden z tych stanów mi się nie podoba – marudziła uciążliwie Astrid, wiercąc się na swoim miejscu. – Zaczynajmy już, a obiecuję, że nie tknę kremowego piwa aż do świąt!
Przez setki szkolnych rozmów przedarł się huk otwieranych drzwi i prowadząc cały orszak prawie zatopionych, zielonych, niewiadomo czy to od podróży czy strachu uczniów, weszła Profesor McGonagall.
- Ho ho – zaśmiała się Salma, puszczając oko do znajdującej się po swojej lewej stronie Astrid. – Trzymam cię za słowo, wszyscy słyszeli.


Po odśpiewaniu pieśni przez Tiarę, wyczytaniu wszystkich nazwisk z długiej listy i dołączeniu Eleanor Branstone, Owena Cauldwella, Laury Madley oraz chłopca od dziwnego stworzonka, znajdującego się w kieszeni Cedrika (Ebony pomyślała, że oddałaby o wiele więcej niż Ast za to, aby móc się w niej schować i nie zwracać uwagi na nieboskłon) oraz kilku innych, już nie tak przerażonych dzieciaków do przystrojonego w żółto-czarne barwy stołu, Album Dumbledore powstał i ku największej radości, zaingerował ucztę. 
Ebony odetchnęła z ulgą, rozprostowała palce i powolnymi ruchami zaczęła zapełniać błyszczący talerz. Meredith z głośnym brzdękiem upuściła swój widelec, z przerażaniem wpatrując się w prawie bladotrupie dłonie Puchonki.
- Ebby, na pewno wszystko w porządku?
Lawrence poczuła, że w odpowiedzi rumieni się nieznacznie i niegotowa przyznać się do swoich dziwacznych, pogodowych upodobań, odparła, że czasami, w godzinach wieczornych, krążenie jej krwi spada, ale absolutnie nie ma powodu do obaw.
- Ej, dlaczego jedno miejsce dalej jest puste? – Zagadnęła, pragnąc szybko odwrócić temat od swoich, przybierających znów normalne barwy, dłoni.
Cała czwórka odwróciła głowy w stronę gremium profesorskiego, dokładnie przyglądając się wszystkim nauczycielom.
- Obrona przed czarną magią – oznajmiła Meredith z dawką irytacji w głosie. – Jakim cudem mogli zdecydować się, aby przestać jej nauczać?!
- Wątpię, aby taka była przyczyna – odpowiedziała spokojnie Salma, wracając wzrokiem do swojego kawałka dyniowego ciasta. – Wtedy zupełnie zrezygnowaliby z miejsca przy stole, po co zostawiać zbędne krzesło? Stawiam na to, że się spóźni.
- Oby tylko przyczyną nie była sterta książek opiewająca zasługi i zdolności własnej osoby – zażartowała Ebony, puszczając okalane długimi rzęsami oko w stronę Astrid, której uszy momentalnie przybrały barwę truskawkowej galaretki, którą właśnie z największą radością spożywała. Kilka lat wcześniej, gdy obrony przed czarną magią nauczał ich Gilderoy Lockhart, Hooks zupełnie straciła dla niego głowę, na każde zajęcia przynosząc dla niego pudełko własnoręcznie upieczonych muffinek oraz króciutki referat pełen odniesień do któregoś z jego woluminów.
Z najobojętniejszą miną, na jaką tylko potrafiła się zdobyć, podniosła do ust błyszczącą łyżeczkę. – Nie wiem, o czym mówisz, Lawrence.
Euforia, poruszenie oraz stukania sztućców o złote naczynia stopniowo zaczynały się wyciszać, ustępując uczuciu sytości oraz swojego rodzaju zadomowienia. Miejsca najróżniejszych potraw powoli zastępowały niezliczone okruszki, a niektórzy uczniowie od niechcenia klepali się po pełnych brzuchach. Gdy uczta osiągnęła swój moment wyciszenia, dyrektor ponownie wstał, aby przekazać uczniom coroczną porcję informacji związanych z tym, czego powinni się spodziewać i przestrzegać w najbliższym roku szkolnym.


- Jak zawsze - ciągnął dalej - pragnąłbym wam przypomnieć, że żaden uczeń nie ma prawa wstępu do Zakazanego Lasu, a uczniowie pierwszej i drugiej klasy nie mogą odwiedzać Hogsmeade. Z największą przykrością muszą też was poinformować, że w tym roku nie będzie międzydomowych rozgrywek o Puchar Quidditcha.


Ebony znieruchomiała, rozpaczliwie szukając wzrokiem oczu Cedrika, który siedział zaledwie kilka miejsc obok niej, jednak swoje spojrzenie w całości skupił na osobie Dumbledore’a.
Jej dłonie zaczynały fakturą przypominać wyjątkowo oślizłe, pełzające stworzonka, a pulsujący w malinowej wardze ból, spowodowany nieustannym jej przygryzaniem, uporczywie nie dawał jej spokoju. Lawrence była już bliska przerwania nieskazitelnej ciszy, która zawsze towarzyszyła przemowom Albusa Dumbledore’a, gdy chłopak – ku jej największej uldze – odwrócił głowę w jej stronę. Wymienili między sobą kilka znaczących spojrzeń, dając tym samym sobie do zrozumienia, że ich myśli zawędrowały dokładnie w te same rejony.
Cedrik puścił do niej oko i z uśmiechem satysfakcji obrócił swoją głowę, ponownie całą uwagę oddając osobie dyrektora. Fale ciepła nieustannie zalewające drobne ciało blondynki, doprowadzały ją do szaleństwa, jednak za wszelką cenę starała się opanować atak lęku, prosząc w duchu, aby oboje strasznie się mylili. Dlaczego złe przeczucia musiały mieć zawsze tak destrukcyjne zapędy?
Chociaż wysokie, szpiczaste okienka przepuszczały idealną ilość powietrza, powodując, że w całym pomieszczeniu unosiła się delikatna otoczka wieczornego chłodu, Ebony brakowało tchu.


- A nie będzie ich – ciągnął Dumbledore – z powodu pewnego ważnego wydarzenia, które będzie trwało od października przez cały rok szkolny, pochłaniając większość czasu i energii nauczycieli. Jestem jednak pewny, że nie będziecie żałować. Mam wielką przyjemność oznajmić wam, że w tym roku w Hogwarcie…


Ebony miała wrażenie, że zaraz eksploduje i rozpryśnie się na miliardy małych iskierek, gdy nagle drzwi prowadzące do Wielkiej Sali otworzyły się z hukiem, powodując, że aż podskoczyła na swoim miejscu, wydając przy tym wysoki, bliżej niesprecyzowany dźwięk.
Czarny płaszcz przybysza, z którego ciurkiem spadały krople deszczu, wisiał na nim ciężko, w dość znaczący sposób deformując jego sylwetkę. Błyskawice raz za razem oświetlały jego sylwetkę, uwypuklając chudą laskę, na której był wsparty oraz obwisły kaptur, który po chwili zdjął, ukazując zebranym swoje ciemne, potargane włosy oraz zniszczoną twarz.
Jedynymi dźwiękami, które rozchodziły się po pomieszczeniu, były odgłosy walących zewsząd kropel deszczu oraz nierównych kroków gościa, który właśnie dokuśtykał do mównicy, którą zajmował dyrektor.
Gdy kolejny błysk przeczesał oblicze przybysza, uczniowie skamienieli, nie mogąc odwrócić wzroku od jego twarzy. Była ona prawie owalną masą, przepełnioną przez najrozmaitsze zgrubienia, zadrapania i blizny, pełną ubytków i nierówności. Usta nie wyróżniały się niczym z szeregu szram – były tylko kolejnym rozcięciem, natomiast górnej części nosa twarz była pozbawiona.
Demoniczne dopełnienie tego nieprzyjemnego obrazka stanowiły oczy, lub też coś, co pełniło ich funkcje. Jedno z nich było nieprzeniknione i ciemne jak słoma, drugie błyskało intensywnym odcieniem niebieskiego, pozostając w nieustannym ruchu, w żadnym stopniu nie synchronizując się z sąsiadem.
- Co to za przywłoka? – Zapytała Salma drżącym głosem, nie potrafiąc oderwać wzroku od twarzy gościa.
Meredith przekręciła głowę lekko w prawą stronę, jak za każdym razem, gdy próbowała wygrzebać coś z zakamarków swojej zagraconej pamięci. – Ja go znam – odparła spokojnie. – Moja babcia spotkała się z nim parę razy.
- No to przynajmniej tłumaczy nam twój kiepski gust – odrzekła Astrid, jednak jej żart nie wywołał tej samej reakcji co zazwyczaj.
- Daj spokój, nie porównuj mojej babci do tej swojej famme fatale. Chodziło o jakieś poważne sprawy.
- Pamiętasz jakie? – Zapytała Ebony, wdzięczna za to, że na chwile może zająć swoją uwagę czymś innym.
Meredith pokręciwszy przecząco głową, opuściła ją w dół, wpatrując się w swoje niewielkie stopy.


- Pragnę wam przedstawić naszego nowego nauczyciela obrony przed czarną magią - Dumbledore przemówił pogodnym tonem w głuchej ciszy – Profesora Moody’ego.


Uczniowie nie drgnęli ani na moment, nie siląc się nawet na udawanie, że wygląd nowego maga zasiadającego przy piątym stole, nie wywołał na nich piorunującego wrażenia.


Dumbledore ponownie odchrząknął.
- Jak właśnie mówiłem - rzekł, uśmiechając się do setek uczniów przed sobą, z których każdy wpatrywał się wciąż w Szanolookiego Moody'ego - W ciągu nadchodzących miesięcy będziemy mieli zaszczyt być uczestnikami bardzo podniecającego wydarzenia, wydarzenia, które nie miało miejsca już od ponad wieku. Mam wielką przyjemność oznajmić wam, że w tym roku odbędzie się w Hogwarcie Turniej Trójmagiczny!


Wesoły entuzjazm i rozluźnienie zastąpiły wszechobecne napięcie wywołane pojawieniem się Szalonookiego. Uczniowie przekrzykiwali się nawzajem, wybałuszając oczy ze zdziwienia, natomiast Dumbledore spoglądał na nich wszystkich z pobłażliwą miną i figlarnym uśmiechem czającym się w kącikach ust. Przerywając chwilowy rozgardiasz, rozpoczął mozolne tłumaczenie zasad turnieju oraz warunków koniecznych do spełnienia.
Ebony przez moment poczuła, że grunt osuwa się jej spod stóp, a powietrze zalega gdzieś w nozdrzach, nie chcąc przejść dalej. Nerwowo miętosiła między palcami rąbek szkolnej szaty, pustym spojrzeniem przyglądając się podekscytowanym twarzom towarzyszy.
- Hej, wszystko z tobą w porządku? – Zapytała Astrid, ścisnąwszy ją mocno za rękę. – Znowu jesteś blada jak... No trup. Taki dwudniowy.
- Miałeś kiedyś takie przeczucie, że coś nie może się skończyć dobrze? Zupełnie nieuzasadnione, ale mocniejsze niż cokolwiek innego?
- O taaaak, raz – odpowiedziała, z przekonaniem kiwając głową. – SUMy w piątej klasie. Przez cały czas miałam świadomość, że to nie może się skończyć dobrze. Ale nie martw się! – Poklepała ją energicznie po plecach. – Mnie się udało, więc cokolwiek to nie jest, też będzie dobrze!
Ebony uśmiechnęła się nieśmiało, całym sercem zazdroszcząc przyjaciółce pogody ducha i bijącego od niej optymizmu. Mimo, iż nie do końca wierzyła w siłę jej słów, ogarnęła ją ogromna ochota na wyściskanie blondynki, jednak ta szturchnęła ją delikatnie w łokieć, koniuszkiem zadartego, pełnego piegów noska, wskazując w stronę Diggory’ego.
Spoglądał w ich stronę, promieniejąc ze szczęścia, z oczami bliskimi łez i uśmiechem człowieka, który właśnie wygrał na loterii.  
Gdy tylko Dumbledore pozwolił im się rozejść, wystrzeliła ze swojego miejsca, przeciskając się przez tłum pierwszorocznych, którzy tego wieczora mieli trafić pod opiekuńcze skrzydła prefektów.
- Ced! – Wydyszała ciężko, nie na żarty zmęczona przeprawą przez las małych skrzatów. – Zrobisz to… Prawda?
Chłopak dostrzegł rozpaczliwą nutkę nadziei w jej głosie i promienny uśmiech znikł z jego ciemnych ust.
- Cokolwiek chcesz zrobić, najpierw oddaj mi Hektora! – Zawołał jakiś głosik z tłumu. Lawrence natychmiast w jego właścicielu rozpoznała pucołowatego chłopczyka z peronu.
- Gdybyś nie zauważył – warknęła o wiele ostrzej, niż kiedykolwiek chciała, mierząc chłopca ksantypim spojrzeniem. – To właśnie rozmawiamy i niekulturalnie jest tak przerywać.
- Alvan, Ebby ma rację, poczekaj momencik, zaraz go dostaniesz, dobrze? – Złapał blondynkę za rękę, odciągając ich odrobinę dalej. – Słuchaj, to naprawdę nie jest dobry moment, wiesz? Są wystraszone, mokre, zszokowane i zmęczone. Porozmawiamy jutro, obiecuję.
Lawrence pokiwała głową, dając do zrozumienia, że zrozumiała i satysfakcjonuje ją takie rozwiązanie, jednak nie potrafiła pozbyć się nutki goryczy z głosu. – Cholera – westchnęła ciężko. – Ty już podjąłeś tę decyzję.


 


Oto jestem! Wraz z najdłuższą rzeczą, jaką kiedykolwiek udało mi się stworzyć (jeszcze trochę, a zajęłoby mi to tyle, co urodzenie dziecka ;)).
Pozwoliłam sobie na wklejenie fragmentów pani Rowling, ponieważ stwierdziłam, że nie ma większego sensu pisania tego samego, tylko ze zmienionymi słowami.
A korzystając z okazji, chciałabym życzyć wszystkim pogodnych, niezapomnianych, ale nadal bezpiecznych, wakacji!


♥ Strzyga, 1 lipica 2011 - piątek.


To nie "dowidzenia", to tylko "do jutra".

Trzy miesiące przerwy - to zdecydowanie moja osobista porażka. Nie chcę tutaj używać tandetnych wymówek, zasłaniając się brakiem czasu czy szkołą, bo pewnie gdybym się bardzo postarała, to parę chwil bym wysupłała.
Na pocieszenie mogę od siebie dodać jedynie tyle, że nie wpadłam tutaj, aby poinformować o bardzo przedwczesnym zakończeniu tworzenia losów Ebony. 
Ma się ona bardzo dobrze w mojej wyobraźni i wordowych szczątkach. Wierzę, że w najbliższym czasie zdołam przymusić się do edytora tekstu i pokonać durne zahamowania. Nie chcę rzucać pustymi terminami i obietnicami bez pokrycia, mogę jedynie zagwarantować, że się bardzo postaram. Oby tylko wiatr był dla mnie pomyślny :)


♥ Strzyga, 15 maja 2011 - niedziela.


Część trzecia - ogromna fala wakacyjnych nowości oraz droga w bardzo znane nieznane.

Ciężkie, zakopcone powietrze, urwane strzępki rozmów ludzi pędzących niewiadomo w jakim kierunku, zagłuszone komunikaty  z kwadratowych głośników, tętent stóp odbijających się od zakurzonej posadzki, upał uparcie grzejący w kark i pełne ostrożności spojrzenia, czy aby na pewno nikt nie przygląda się twojej osobie, gdy pędzisz z koszykiem wypchanym walizkami prosto na marmurową ściankę między dwoma peronami i zamiast rozbić się o nią, rozmywasz się w lepkości przepełnionego powietrza.
Następnie krajobraz się zmienia – twoje stopy dotykają wypolerowanych kafelek w czystym, kremowym odcieniu, z godłami czterech hogwartowskich domów. Powietrze wydaje się być bardziej rześkim, peron 9 i ¾ wygląda, jakby ciągnął się po sam horyzont, czarna lokomotywa dumnie błyszczy w promieniach słońca, buchając od niechcenia mlecznobiałą parą, a od czasu do czasu daje się usłyszeć jakiś ptasi solista.
Dokładnie tak zapamiętała ten proces Ebony, zawsze wykonując poszczególne czynności ze ściśniętym gardłem i jakby drżącym sercem i za każdym razem odkrywała w tej procedurze – jak i samym miejscu – coś nowego.
Na świecie istniała niezliczona ilość dworców kolejowych i niejeden obieżyświat po odwiedzeniu każdego z nich mógł bez najmniejszego umniejszenia czy uproszczenia stwierdzić, że na calutkiej Mateczce Ziemi nie istnieją dwa takie same.  I to niekoniecznie za sprawą fikuśnych konstrukcji, osób zajmujących się renowacją czy utrzymaniem porządku, ale za sprawą samych pasażerów, którzy to tworzyli opinie wyrabiające renomę poszczególnych miejsc. 
Dworzec King’s Cross, a raczej peron 9 i ¾, był sam w sobie ogromną tajemnicą, dźwiganą przez pokolenia odjeżdżających z niego czarodziejów. Zajmował dokładnie taką przestrzeń, jaką powinien, aby każdemu uczniowi mógł towarzyszyć rodzinny orszak, nie wpadając jednocześnie na kompanów swojego szkolnego druha. W powietrzu coś tkwiło – może na skutek magii, którą emanowała co najmniej połowa odwiedzających go istot, chociaż równie dobrze mógł to być tylko zalegający w nim piasek.
Ebony i Cedrik już za czasów swojej pierwszej wizyty w tym miejscu, mogli dokładnie je zlustrować - spędzili na nim znaczną ilość czasu z powodu paniki, która niespodzianie ogarnęła CeCe, podsuwając przed jej oczy mrożące krew w żyłach sceny, w których to jej córka spóźnia się na pociąg i z ustami wykrzywionymi w podkówkę zaczyna rzewnie płakać, więc wyruszyli wcześniej niż powinni, co bardzo szybko stało się dla nich tradycją.
Puchonka mimowolnie wtuliła się w ramię Diggory’ego, czując jak paraliżuje ją nostalgia – skoro tak wiele potrafiła zmienić w swoim życiu w przeciągu jednego dnia, co mógł przynieść cały, w dodatku ostatni, rok nauki i spędzania większości czasu w tak bliskiej odległości?
- Nigdy bym nie pomyślał, że masz tyle siły. Proszę, Eb, miażdżysz mi ramię. – Lawrence usłyszała stłumione stęknięcie kilkanaście centymetrów nad swoją głową i zwróciwszy oczy w tamtą stronę, ujrzała grymas połączony z rozbawieniem na pewnej przystojnej twarzy.
- Prze-przepraszam – wydukała zmieszana, a gdy udało się jej trochę otrząsnąć, dodała: - Nie wiedziałam, że aż taka z ciebie delikatna niewiasta, Ced.
Już kilka lat wcześniej zrezygnowali ze wspólnych podróży – początkowo byli sobie nierozłączni, zajmując miejsca ramię w ramię, wpatrując się w to samo przedziałowe okno, ale z czasem przebojować i otwartość Diggory’ego zaczęły przynosić efekty – zdobył sympatię szerszego grona ludzi i chociaż niejednokrotnie namawiał swoją blond przyjaciółkę do zajęcia miejsca w towarzystwie jego nowych znajomych, ona konsekwentnie odmawiała, z wyjątkiem tego jednego razu, kiedy uległa jego przekonaniom i spędziła długie godziny podróży, wpatrując się w czubki swoich butów i bojąc się chociażby pisnąć słóweczkiem. Całą sytuację przypieczętowała zdobyta przez szatyna odznaka prefekta, która zobowiązywała go do czynnej podróży po pociągu.
- Jesteś tego pewna? – zapytał, targając jej sunący gładko po purpurowej wykładzinie bagaż prosto w drzwi wskazanego przez nią przedziału.
- Taaaak, nie powinieneś siłować się z moimi rzeczami. Sama upchałam tam pół swojego pokoju, więc sama powinnam ponieść tego konsekwencje.
- Wiesz doskonale, że nie o tym mówię. – Zdecydowanym ruchem otworzył drzwi przedziału i wrzucił kufer na górną półkę. – Nie wolałabyś usiąść z nami? Powinnaś dać im jeszcze jedną szansę, oni cię wtedy naprawdę polubili i gdybyś tylko dała im możliwość się bliżej poznać…
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. – Pokręciła energicznie głową, w której momentalnie pojawiło się gorzkie wspomnienie owego przykrego dnia, w którym miała ochotę zapaść się pod ziemię. – Poza tym dziewczyny by mnie zatłukły, zawsze podróżujemy razem, ponadto nie widziałyśmy się całe wieki, więc…
- Jak wolisz.


- Nie, mamo, nie istnieje nawet najmniejsze prawdopodobieństwo, że będę pisała do was tak często, mam tylko jedną sowę! Poza tym miałyśmy to przedyskutować, poddać negocjacji i dojść do kompromisu, a ty tymczasem dalej upierasz się przy swoim! – Cedrik, wymieniając ostatnie uwagi z ojcem na temat jego kariery szukającego, z rozbawieniem przyglądał się, jak jego przyjaciółka, dwojąc się i trojąc, próbuje przekonać do swoich racji własną matkę – kobietę, która wepchnęła mu opakowanie naleśników, chociaż podał jej dziesięć powodów, dla których na pewno nie padnie z głodu.
- Nie, nie, nie. – Celia uparcie obstawała przy swoim. – A jak coś się stanie? Chcę o tym wiedzieć, martwię się o ciebie, dzióbku.
- A co się może stać? – zapytała Ebony kpiąco. – Spokojnie, Hogwart nie eksploduje tak łatwo, wierz mi, wielu próbowało.
- Morphius. – Pani Lawrence wyciągnęła ciężką artylerię, zwracając się do męża tonem nieznającym sprzeciwu. – Powiedz coś  twojej córce, bo nie rozumie, że jeden list na dwa tygodnie to za mało, ach ten wasz Lawrence’owy upór! Do głowy można dostać…
- Właściwie, moja droga. – Zatopił swoje stalowoszare oczy w roziskrzonych tęczówkach Celii, a Ebony już doskonale wiedziała, czym podbijał damskie serce. – Przed oczami przebiegła mi Doña Sansone, niech już leci do Salmy.
- Ale Morphie…
- No jakie ale? Chcesz, żeby się nam dziewczyna spóźniła?
Gdy jedyna pociecha Lawrence’ów została już należycie wycałowana w oba policzki, wymiętoszona w każdy możliwy sposób i zalana trzema rodzajami łez – radości, smutku oraz dumy, odwróciła się na pięcie i namierzyła swoje przyjaciółki, czując jak jej serce zalewa gorąca fala czułości – może razem posiadały wszystkie możliwe schorzenia psychiczne, doprowadzały się do szału i według wszelkich racjonalnych podziałów nie powinny nigdy przypaść sobie do gustu, ale uwielbiały się nawzajem i byłyby w stanie powskakiwać do gorącego kociołka, gdyby jedna z nich właśnie tego potrzebowała do szczęścia.
- Ebony! – zaskrzeczał roześmiany duet, którego poszczególnie członkinie zaczęły z największą czułością rzucać się na szyję Puchonki. – Nareeeeeszcie! 
- Du-dusicie mnie – wydukała. – Naprawdę, nie mam ni grama powietrza! Astrid, przynajmniej zabierz te twoje łapska trochę niżej, bo skręcisz mi kark, psychopato.
- Przepraszam! – Odrobinę za długie ręce zwolniły uścisk, odsuwając Lawrence na odległość ich wyciągnięcia.
Każde ich ponowne spotkanie na zatłoczonym, niemalże przepełnionym dworcu zaczynało się w taki, lub przynajmniej bardzo do niego zbliżony, sposób – po wstępnych zgniatających uściskach, mokrych całusach pozostawiających ślady różnobarwnych szminek lub lepkich błyszczyków, zaczynały się sobie uważnie przyglądać, jakby to miało dać im gwarancję, że dwa miesiące wakacyjnego odpoczynku upłynęły im bez poważniejszych uszczerbków.
Ebony, zupełnie jak za czasów ich pierwszego spotkania, poczuła delikatne, przyczajone gdzieś w okolicach jej prawego płuca ukłucie zazdrości (gdy liczyła sobie zaledwie jedenaście lat, nie dotyczyło ono zapierającej dech w piersiach figury Włoszki, a jej wspaniałego, gustownego i – co najważniejsze – w kolorze czerwonym płaszczyka, o którego posiadaniu marzyła malutka Lawrence. Pech chciał, że jej przypadł turkusowy). Blondynka nie należała do osób niskich – raczej względnie przeciętnych – ale jej mediolańska przyjaciółka biła ją prawie o głowę i to w dodatku nie byle jaką. Miała długie, ciemne i  niesłychanie gęste, a przy tym delikatne włosy, które – nawet świeżo po wyłonieniu się z objęć Morfeusza – nie zwykły sterczeć na wszystkie strony. Równie ciemne, bystre oczy i figurę, która sugerowała, że Stwórca musiał mieć naprawdę dobry dzień i jeszcze lepszy humor…
A przy tym każdej ze swoich zalet była świadoma i każdą umiała należycie wykorzystać, co Ebby równie dobrze mogła powiedzieć o kolejnej części ich zabawnego grona – Astrid Hooks - roześmianej, skrajnie niezorganizowanej i roztrzepanej blondyneczce z burzą loków na wiecznie zalatanej główce, okalanej masą kolorowych koralików. Ast była zdecydowanie najniższa i bardziej zaokrąglona tu i ówdzie, ale najbardziej kontaktowa i posiadająca wrodzoną, słodką charyzmę trzpiotki i flirciary, która sprawiała, że ludzie po prostu tracili dla niej głowę.
- O, popatrz, Ebby, twoi rodzice nam machają. – Zaśmiała się, odmachując zamaszyście. – Rajciu, twój tata z roku na rok przystojnieje. Wygląda jak jeden z mugolskich amantów filmowych, z którym kiedyś umawiała się moja babcia…
- Czy jest ktoś, z kim twoja babcia się nie umawiała? – Salma posłała jej pełne wyzwania spojrzenie.
- Nie, to u nas rodzinne – odparła blondyneczka bez cienia skrępowania. – A potem ją zostawił dla jakiejś gwiazdki jednego sezonu, chociaż H.B. na zawsze pozostał w pamięci mojej drogiej Verdell. Jakkolwiek . – Pokręciła głową, wprawiając w ruch fikuśne koraliki. – Módl się, abyś miała jego geny. Swoją drogą gdzie jest numer cztery?
- Chyba… – zaczęła Ebony, rozglądając się na boki, ale w tym samym momencie wskazujący palec Sansone wystrzelił w lewą stronę, prosto w zmierzającą w ich stronę szatynkę, ciskającą piorunami z ciepłych, złotawych pod wpływem słońca, tęczówek. 
- Mer, mój szósty zmysł mówi mi…
- Salma, tylko nie teraz, dobrze?! Ja tę starą kwokę wyślę kiedyś na pożarcie druzgotkom! Całej bandzie! – wrzeszczała, bojowo machając rękami na wszystkie strony świata i Ebony dopiero wtedy spostrzegła, że cała jej głowa przepełniona jest nieznanego jej pochodzenia gałązkami i listkami. Złapała jeden z nich w swoje smukłe palce i starała się umiejscowić go gdzieś w tabunie lekcji z profesor Sprout, ale jej wiedza nie okazała się wystarczająca na zidentyfikowanie roślinki. 
- Nie! Tylko mi nie mów, że to zielsko tam jeszcze jest?! Zaraz oszaleję! Chodźmy stąd, zanim ktoś jeszcze zobaczy, że moja ukochana babunia twierdząc, że zabiera mnie na króciutki spacer przed pociągiem, wyciągnęła mnie w środek jakiegoś lasu i kazała skakać między krzakami! Myślałam, że już dawno jesteście w drodze i teraz będę musiała siedzieć w domu z tą nawiedzoną szamanką!


- I tak przez dwa miesiące? – zapytała Ebony, po wyciągnięciu już wszystkich leśnych pozostałości z włosów swojej nadal mającej łzy w oczach, purpurowej na twarzy przyjaciółki.
- No przecież mówię! Przez dwa miesiące nic tylko pola, lasy, łąki, skały, chatki w górach, szałasy i chaszcze… I w kółko „Meredith patrz, Meredith, słuchaj, Meredith, czujesz to? Meredith, otwórz swój umysł, Meredith, skup się, Meredith, grozi ci niebezpieczeństwo, Meredith, nadciągają ciężkie czasy...” Nie znoszę czegoś takiego. – Szatynka od niechcenia machnęła toporną różdżką, a stos gałązek zniknął, pozostawiając po sobie  tylko delikatny, leśny zapach. – Mówi mi, że grozi mi niebezpieczeństwo, ale nie czym ono jest… Bardzo konkretnie. W każdym razie postanowiłam, że, przykro mi bardzo, ale na święta nie wracam do domu, chociażby się waliło i paliło. Po prostu nie.
- Zabiorę cię ze sobą, tylko żebyś się nie rozmyśliła w ostatniej chwili, tak jak ostatnio – odparła Salma znad otwartego Proroka Codziennego.
- Dziękuję! – Posłała brunetce pełne wdzięczności spojrzenie. – Jak tam czaroskop?
Ebony już otwierała usta, aby storpedować pomysł przeczytania go (nigdy nie przekazywał nic dobrego dla niej samej), nazywając szatynkę własną babcią, ale po cichutkim zapukaniu,  drzwi przedziału otworzyły się, ukazując wyglądającą na wiszącą w powietrzu, rozczochraną głowę Cedrika.
- Witajcie, drogie panie. Co tam, nie, nie - co to za zapach? Eb, tylko mi nie mów, że zapakowałaś Alabastra…
Cała czwórka z wyjątkiem Meredith, której twarz wykrzywił niemiły grymas, a brwi pofrunęły gdzieś w rejony grzywki, wybuchła śmiechem, zbijając chłopaka z tropu.
- Okej, mam tylko nadzieję, że było legalne… Nie widziałyście może szczurolika? Nie patrzcie tak na mnie, nie pomyliłem się, to jakieś połączenie szczura z królikiem. Strach myśleć, co teraz te dzieciaki tu zwożą.
- Jak tylko zobaczymy to coś, co nie wiemy, jak wygląda, ale wygląda dziwnie, to damy ci znać. Słowo. – Ebony uśmiechnęła się ciepło, czując, że tym razem nie zdoła już ukryć rumieńca wylewającego się na jej zwyczajowo blade policzki.
- Dzięki, dzieciak jest cały roztrzęsiony, że o tym żyjątku nie wspomnę. No to miłej podróży, widzimy się na miejscu.
Uśmiechnięta twarz zniknęła, drzwi wydały ciche stuknięcie, oznajamiając, że zostały zamknięte, a w przedziale zapanowała cisza przerywana tylko przez przewracające się, pod wpływem wiatru z otwartego okna, strony Proroka.
- No, no, Lawrence, dziesięć punków dla ciebie.  – Zaśmiała się Salma, podając gazetę w wyciągnięte ręce Meredith, ciągle domagającej się informacji o koniunkcji gwiazd.
- Nie gadaj – żachnęła się Astrid, zaklaskawszy w dłonie. – Też  to zauważyłaś…?!
- O czym wy mówicie? – oburzyła się Sparkwood wyrwana z lektury swojego ulubionego czaroskopu. – Nic nie rozumiem.
- Oj zaraz zrozumiesz. Ebony, nie miej takiej zdziwionej miny, ani nie próbuj zaprzeczać. Za długo się znamy na takie manewry, lepiej się po prostu przyznaj od kiedy.
- Od wczoraj – jęknęła żałośnie blondynka, uderzając głową w kolana i chowając ją między niesfornymi włosami. – Merliniiiiie, sama nie wierzę, jaka jestem głupia…
- CZY KTOŚ MOŻE MI WYTŁUMACZYĆ, CO SIĘTUTAJ DZIEJE?! Też tu jestem! – Mer zatrzasnęła strony proroka i zaczęła wymachiwać nim w powietrzu. – Dziewczynyyyy…
- Przestań się mazać – warknęła Salma. – O to chodzi, że nasza droga blondyneczka zrobiła to, co wszyscy sądzili, że zrobiła już dawno. Oddała swoje drobne, gorące serduszko w ręce pewnego szarookiego Puchona o inicjałach C.D.
- I żyli długo i szczęśliwie – zakończyła Astrid.
Szatynka szeroko rozdziawiła buzię, wybałuszyła swoje karmelowe oczy i  przenosząc  spojrzenie po każdej z dziewcząt obecnych w ciaśniutkim przedziale, zatrzymała je na Lawrence, czekając aż ta zaprzeczy usłyszanym rewelacjom.
- Przykro mi, Dith, to najprawdziwsza prawda. No może z wyjątkiem tej końcówki , nie patrz już tak na mnie, bo spalę się ze wstydu, a niestety nie jestem feniksem. Ast, możesz zamknąć okno? Trochę wieje.
- Ale, kochanie, to przecież fantastycznie! – oburzyła się, dzwoniąc różnobarwnymi koralikami i spełniając prośbę Puchonki. – Skąd w tobie tyle pesymizmu? Jeśli ktoś powinien usidlić Cedrika, to właśnie ty – nikt go nie zna tak dobrze jak nasza pszczółeczka!
- Błagam cię, nie zachowuj się jak moja matka! – jęknęła, nadal z głową wtuloną w swoje kościste kolana.
- Przyjaźnicie się, odkąd byliście małymi embrionami! To doskonały fundament dla związku, powinnaś się cieszyć!
- Taaaak, a ty z pewnością znasz się na fundamentach związków – odparła kąśliwie, chociaż pożałowała tego w tej samej chwili. – Przepraszam, po prostu… - Wyprostowała się, przecierając dłońmi policzki i odgarniając włosy do tyłu. – O to właśnie chodzi: Z jedną rozmawiasz o wszystkim, druga jest piekielnie ładna, jedna zostaje twoją żoną, drugą przyjaciółką do końca życia!
- Chyba, że zaliczasz się do tego wymierającego gatunku rozsądnych facetów. Daj spokój, to Cedrik!
Ebony znacząco pokręciła głową i odparła, że taki chłopak jak on spotyka się z takimi dziewczynami jak Salma, a ona – chociażby miała umrzeć na skrętościsk serca – nie zamierza siebie zmieniać.
- Daj spokój! – Zaśmiała się Salma. – To było cztery lata temu, byliśmy dzieciaki, trwało tylko tydzień i oboje stwierdziliśmy, że to nie to.
Lawrence z całego serca pragnęła w to wierzyć, ale wszystkie uniesienia tej małej pompki ssąco-tłoczącej były stanowczo tłumione przez narząd, który – na szczęście – posiadał nad nią jeszcze kontrolę.
Mózg, reprezentowany przez zdrowy rozsądek, uparcie utwierdzał ją w przekonaniu, że zawsze będzie tylko obok, a nie z swoim niedawno odkrytym ukochanym. Uśmiechnęła się gorzko, starając się udowodnić sobie samej, że to jest przecież najważniejsze i będąc jakąkolwiek uczestniczką jego życia, spełni się i każdego dnia będzie zasypiała i budziła się z nieudawanym uśmiechem na ustach.
Krajobraz za oknem w granatowej framudze, w które wpatrywała się z uporem maniaka, uległ znaczącej zmianie, przypominając o tym, że stare zamczysko, które stanowiło cel ich wyprawy, znajdowało się już całkiem blisko. Niebo przybrało odcień bajecznego fioletu, nakładając na siebie pierwsze błyszczące punkty, wiatr dął zacięcie, a ostatnie promyki słońca rzuciły pożegnalne S.O.S.
Gdyby tylko potrafiła pozbyć się tego okropnego przeczucia o nadejściu czegoś okropnego, o wiele łatwiej byłoby jej przyodziać szkolny strój. Niestety przeświadczenie o nadchodzącej katastrofie przyległo do niej jeszcze lepiej niż czarna szata i nie planowało szybko pozwolić się zdjąć.


 


Z góry chciałam zaznaczyć, że powstało to dnia dzisiejszego i nie zostalo przeze mnie zbyt dokładnie sprawdzone, dlatego jeśli ktoś wyłapie jakiś błąd - będę bardzo wdzięczna za jego wskazanie.


♥ Strzyga, 14 lutego 2011 - poniedziałek.


Część druga-najtrudniejsza pobudka w historii wakacyjnych pobudek oraz naleśnik-despota.

Ebony, po raz pierwszy od niezmiernie długiego czasu, nie obudziła się o godzinie mrożącej krew w żyłach, aby zobaczyć, jak nowy dzień leniwie przedziera się przez zimną otoczkę nocy, ślamazarnie wysyłając pierwsze promienie. Nie zrobiła tego również, gdy owa złota kula była już w pełni usadowiona na błękitnym nieboskłonie i ani trochę nie przypominała już tego nieporadnego maleństwa, które wzeszło ni stąd, ni zowąd, ogłaszając wszem i wobec nastanie pierwszego września roku 1994. Leżała przykryta po same czubki różowych uszu, ledwo wyłaniających się zza kotary jasnych kosmyków, a wyglądała przy tym może niekoniecznie pięknie czy zjawisko, ale niewątpliwie uroczo – z wyrazem błogiej nieświadomości dnia dzisiejszego na twarzy i wysuniętymi za rogi groszkowej kołdry stopami rozmiaru, notabene, trzydziestego ósmego. Przebudziła się na moment, knykciami przecierając nieprzygotowane do jasnego światła oczy, a następnie naciągnęła na głowę całą kołdrę – tak, iż nawet różowe czubki czubków jej uszu zostały dogłębnie schowane. Z pewnością nie była to kryjówka wyszukana ani nawet dobra, ale mogłaby zapewnić jej schronienie przynajmniej na jakiś czas. Oczywiście teoretycznie – dla Celii Lawrence, szczupłej i drobnej czarownicy przed czterdziestką, po której Ebony odziedziczyły drugie imię (a następne kolejno po jej matce i babce, w dodatku wszystkie pięcioliterowe), nie istniała forteca niezwyciężona. Mimo iż blondynka w jakimś sporym stopniu nadal znajdowała się w sennej krainie, czując ociężałość całego swojego ciała, jej uwadze nie usłyszy odgłosy typowe dla porannej krzątaniny – latających garnków, rondli, patelni oraz wszelakich, innych zdobyczy przemysłu kulinarnego, oraz – przede wszystkim – radosnej piosenki wyśpiewywanej przez dyrygentkę całego tego stalowo-teflonowego koncertu. - Córuś? – zaszczebiotała swoim odrobinę skrzeczącym głosikiem, który połączony z absurdalną dawką słodyczy, wydawał się jeszcze bardziej świszczący. – Kochanie, bo zobaczysz zadek tego pociągu i tyle z tego będzie! Puchonka odpowiedziała bliżej niezidentyfikowanym mruknięciem, oznaczającym zupełny brak aprobaty dla świata owsianek, omletów czy tostów i zakryła twarz, a raczej miejsce, w którym takowa się znajdowała, jedną z swoich pięciu mini-poduszek, co niestety nie czyniło z niej mistrza kamuflażu.
- Z czym chcesz naleśniki, pszczółko? - Szczebiotliwy głos rozległ się tuż za sosnowymi drzwiami, na co pszczółka zareagowała okrzykiem bojowym „Mamooooo!” i na tym zakończyła swoją wypowiedź.
Klamka drgnęła, zamek wydał z siebie ciche stuknięcie i przy bojowym skrzypnięciu do pokoju swej jedynej pociechy weszła królowa pszczół.
- Ebony Celio Rayne Sabil Lawrence! I wszystkie wy razem do kupy wzięte! Czyżbyś zapomniała, co oznacza – w dodatku nie tylko w naszym, ale w każdym innym języku też – pobudka o świcie?
Gdy starsza, bardziej dorodna wersja panny Lawrence nie doczekała się żadnej odpowiedzi, migiem wyciągnęła swoją wykonaną z drewna wiśni, idealnie zakonserwowaną różdżkę. Wymalowawszy nią nieznany kształt, sprawiła, że jedwabna kołdra, stanowiąca osłonę jej córki przed światem rzeczywistym, poszybowała wysoko w powietrze, aby z cichym łoskotem wylądować na drewnianej podłodze. Ebony leżała zwinięta w kłębek, z rękoma założonymi za chude kolana i, mimo iż wschód słońca, mający miejsce kilka godzin temu, zapowiedział parny i upalny dzień, trzęsła się jak osika.
- No proszę cię, nie zmuszaj mnie, abym cię potraktowała tak samo – warknęła, nadal machając różdżką niczym baba-herod, sprawiając, że najróżniejszej elementy pokoju zaczęły kręcić się, szurać i miotać. – Miałaś dwa miesiące na takie manewry, skończyło się eldorado, liczę do trzech!
- Dobrze, już dobrze, poddaję się, nie strzelaj do mnie! - jęknęła raz jeszcze, wysuwając z łóżka stopy i stawiając je na śliskiej powierzchni podłogi. Prawą przetarła piszczel lewej nogi i omiotła spojrzeniem pomieszczenie będące miejscem rewolucji.- Na wszystkie karty z Czekoladowych żab świata…
- Dobra dziewczynka! – CeCe posłała jej pełen zadowolenia uśmiech, a nawet schowała swoje „berło” w kieszeń przezroczystego fartuszka, tak iż wyglądało ono jakby było na stałe przytwierdzone do jej brzucha. – Co do tych naleśników…
Puchonka blednąc jakby miała zaraz skonać, stęknęła niczym konający na polu bitwy i runęła na łóżko, wracając do pozycji leżącej.
- Rozumiem - czekolada. Baaaardzo dużo czekolady. Pośpiesz się, nie masz zbyt wiele czasu, żabciu.


Kuchnia państwa Lawrence, żartobliwie nazywa przez wszystkich Królestwem Celii, była jednym z najdziwniejszych pomieszczeń w historii Najdziwniejszych Magicznych Pomieszczeń Wszechczasów. Zatrważająca ilość sześciu ścian nadawała jej ekstrawaganckiego kształtu, a mieszanka hebanowej boazerii i miętowych wykończeń mebli w cynamonowym kolorze za nic w świecie nie łagodziła jej wizerunku. W jednym z kątów znajdował się stary, wielokrotnie modernizowany piec – wynalazek brata CeCe – Nowatora Aengusa Flatcheby. Spełniał on funkcje piekarnika, w którym pani domu tworzyła wymyślne wypieki oraz zapewniał słodki zapach unoszący się w całym pomieszczeniu. Znajdowały się na nim najrozmaitsze klamoty i drobiazgi, niezbędne tak utalentowanej czarownicy jak Celia i chociaż sens egzystencji większości z nich był raczej wątpliwy, kobieta odmawiała wyrzucenia chociażby najmniejszego słoiczka pełnego zielonej mazi. Sceptycznie nastawieni do sztuki mieszania i syntezy Morphius i Ebony niejednokrotnie rozważali możliwość zaoponowania, ale finalnie żadne z nich tego nie robiło - całość była utrzymana wręcz w przerażającej pedanterii, a CeCe gotowała po prostu wybornie. Ściany były pełne błyszczących ramek, w których znajdowały się podobizny wszystkich członków i przyjaciół rodziny, w tym zwłaszcza Ebony – co najmniej jedno zdjęcie na każdy rok pobytu w Hogwarcie. W samym centrum kuchni ustawiony został solidny, drewniany stół, przykryty obrusem w biało-niebieską kratkę, z podstawionymi do niego czterema, przyjemnie obitymi, krzesłami – zawsze na wypadek niespodziewanego gościa. W tej chwili jedno z nich było zajęte przez okropnie naburmuszoną, ziewającą raz za razem, gwiazdę ściennych fotografii.
- Trzeba było w nocy spać, a nie… Co ty właściwie robiłaś? – zapytała Celia, poprawiając rękawy morelowej bluzki, które zdążyły już opaść po wcześniejszym ich wywinięciu.
- Pakowałam się, trochę sprzątałam, rozmawiałam z Cedem. – Wzruszyła ramionami. – Nic wielkiego.
- Cedrik tutaj był?! – CeCe obróciła się zdecydowanie i zmierzyła córkę poważnym spojrzeniem, ku wielkiemu zawiedzeniu Ebony – całkowicie wyzbytym dezaprobaty i niezadowolenia. Blondynka w odpowiedzi pokręciła przecząco głową i dodała, że rozmawiali - jak zwykle - oknem w okno, co spowodowało prawie całkowity zanik iskierek zapalczywości w oczach jej matki.
- Ja tego naprawdę nie rozumiem. – Odwróciła się z powrotem, aby uspokoić garnki buchające mlecznobiałą parą. – Taka ładna dziewczyna i taki przystojny, mądry, zabawny i elokwentny chłopak. Kochanie, kiedy ty się w końcu weźmiesz do roboty?
- Jak zdecyduję, czy tytuł najgorszej swatki roku trafi do ciebie czy do mamy Ceda – odparła, agresywnie wbijając błyszczący szpikulec widelca w kawałek niewinnego naleśnika. – Trudny wybór, serio.
- Zanim go dokonasz, radziłabym ci się zastanowić nad twoją prośbą o niewyjawianiu nikomu twojego, swoją drogą wyjątkowego, pełnego imienia.
- To jest… szantaż! – Tupnęła stanowczo nogą, czując, że – jak zwykle z resztą – jakiekolwiek resztki złości czy niezadowolenia z niej wyparowują. – Niech no tylko Ministerstwo się dowie…
- Kochanie, ale to nie jest szantaż. – Celia z wprawą machnęła różdżką, a na stole pojawił się kolejny talerz idealnie przyrumienionych naleśników, polanych nieznikającym syropem klonowym. – To jest tylko uzmysłowienie ci, że nie posiadasz szerokiego wariantu możliwości. Ułatwiam ci podejmowanie decyzji. Tworzylibyście taką ładną parę, a ja w sumie jestem gotowa na bycie babcią – tylko jak byśmy ją nazwały? Szukałam ostatnio pięcioliterowych imion i powiem ci…
- Hola, hola! – Lazurowooka podniosła ręce do góry w obronnym geście. – Primo: nie będzie dziecka, secundo: nie mam nawet potencjalnego ojca, chociaż w sumie mogłabym użyć ich w odwrotnej kolejności i tertio: kto ci w ogóle powiedział, że zamierzam ją nazwać w myśl tej irracjonalnej tradycji?
- Naprawdę nie czujesz nic do Cedrika? – CeCe puściła nieprzyjemny wybuch swojej pociechy mimo uszu, skupiając uwagę na niesfornych naczyniach, nieustannie pragnących pozbyć się swojej zawartości.
- Nie, mamo. Nie kocham, nie podoba mi się i nie czuję nic do Cedrika Diggory’ego – zapewniła ją, chociaż czuła, że robi to raczej aby przekonać samą siebie, aniżeli kogokolwiek innego. Zamierzała wtrącić nawet niewielko gabarytową informację na temat Linusa Windforma - jej długoletniego kolegi, który najwyraźniej ulokował w niej uczucia, a któremu ona, gdyby tylko chciała, zapewne mogłaby odwdzięczyć się tym samym, ale nagle w tylnich drzwiach pojawił się nikt inny jak obiekt jej niedawnych westchnień.
Kawałek smacznego, idealnie przysmażonego naleśnika, oblanego po kruche boczki syropem czekoladowym, który właśnie z największą przyjemnością zamierzała spożyć, zbuntował się i stanął jej okoniem w przełyku, nie pozwalając na wypowiedzenie tej, przynajmniej w połowie nieprawdziwej, bzdury. - Cedrik! – zaćwierkała Celia, gdy tylko wszedł do środka, automatycznie kładąc dla niego dodatkowe nakrycie na stole, ale chłopak odmówił grzecznie, tłumacząc, że mama wepchnęła w niego już tyle kanapek, że nawet głupia wykałaczka nie znajdzie dla siebie miejsca. CeCe jednak nigdy nie czyniła ustępstw, kiedy w grę wchodziły jej kulinarne rarytasy i Lawrence widząc, jak bombarduje chłopaka powodami, dla których powinien dać się skusić, poczuła, że kawałek kruchego ciasta z dyktatorskimi zapędami, który dopiero co dał się pokonać i dołączył do swych braci i sióstr w przyjaznych objęciach jej żołądka, nagle po raz kolejny się zbuntował i zapragnął wrócić tam, gdzie znajdował się jeszcze chwilę temu. Końców końcem, Cedrik ogłosił kapitulację i zgodził się zabrać kilka sztuk ze sobą, na wypadek, gdyby długa podroż do szkoły spowodowała ssanie w żołądku. Celia spojrzała na niego ze szczenięcym uwielbieniem, a gdy odwrócił się, aby usiąść przy stole naprzeciwko Ebony, posłała córce wymowne spojrzenie i wróciła do swych kulinarnych ekscesów.
- Zapomniałem cię wczoraj zapytać – jak podobał ci się mecz?
- Wiwat zielone koniczynki! - Zaśmiała się, a kąciki jego ust zadrgały delikatnie. - Mów, co chcesz, mistrzostwa powinny być codziennie. Tylko za nic w świecie nie mogę zrozumieć, po co Krum łapał tego znicza w momencie, w którym i tak nie dawało im to zwycięstwa, ale najwidoczniej kiepski z niego strateg.
- Ale Zwód Wrońskiego. - Oczy Cedrika przybrały lekko cielęcy wyraz. - To dopiero było coś!
- I bez tego jesteś świetny... - Ebony ugryzła się w język odrobinę za późno. - ...m zawodnikiem! Szarooki posłał jej szczery, serdeczny w uśmiech, a ona w duchu odetchnęła z ulgą i podziękowała za to, że mimo olbrzymiej nieśmiałości, nie płonie jak burak, pomidor, albo inne, bogate w naturalne barwniki, warzywo.
- Nie chciałabyś dołączyć do drużyny? Nie patrz tak na mnie! – zaśmiał się. – W czerwcu odeszło od nas kilku dobrych zawodników i teraz mamy luki. A co do twoich umiejętności – Nie mam żadnych wątpliwości, w końcu uczyłaś się od najlepszych.
- O, proszę, pan skromny się znalazł. – Blondynka uśmiechnęła się wyzywająco. – Nie wiem, naprawę nie wiem. Cudownie byłoby na pożegnanie odebrać puchar Gryfonom, ale wystarczy mi fakt, że nie marnieje w gabinecie tego parszywego, paskudnego, szpetnego, okropnego, obślizgłego, wrednego...
- Ebony, to ciągle twój profesor...
- Mamo, ja jeszcze nie skończyłam - odparła, nabierając powietrza w płuca. - Wstrętnego, przebrzydłego, obmierzłego, ohydnego, obrzydliwego, odrażającego, odpychającego, antypatycznego i nawet NIEAPETYCZNEGO Snape'a. No, teraz skończyłam.
- Nic dodać, nic ująć - zaśmiał się Cedrik, gdy Lawrence odetchnęła i zaczęła oddychać normalnym tempem. - Ale chyba nic z tego, bo jeśli pogłoski, które słyszał tata o Turnieju Trójmagicznym, są prawdziwe, to raczej nie będziemy rywalizować o puchar.
- No tak. - Blondynka brodziła błyszczącym widelcem w lepkiej kałuży czekolady, znajdującej się na jej talerzu. - A szkoda, bo zawsze było sporo radości, gdy Weller prezentował swój taniec zwycięstwa. Mimo iż po jego ostatnich wyczynach, przysięgłyśmy z dziewczynami, że nigdy nie powiemy Astrid, co się wydarzyło..
- I słusznie – odparł, marszcząc brwi na samo wspomnienie. – Kurcze, ale tutaj już nie chodzi nawet o nagrodę…
- Ty. - Zwróciła na niego błyszczące złowrogo, ostre szpikulce dzierżonego przez nią widelca. - Chyba mi nie powiesz, że chcesz się zgłosić!
Cedrik uśmiechnął się tajemniczo, a serce Ebony wykonało salto, przejście w przód i przewrót w tył, następnie razem z ostatnim kawałkiem śniadania wylądowało w żołądku, aby wymieszać jego zawartość.
- Nie ma mowy! Znam ten uśmiech! Nawet nie próbuj! - krzyknęła, wojowniczo wymachując sztućcem. - Napatoczyłam się na rozdział o tych turniejach w jakiejś starej książce i wiesz, jak to kiedyś wyglądało?! Uczniowie albo ginęli, bo jacyś idioci wymyślali paranoidalne konkurencje, w których musieli zmagać się z jakimiś monstrami, albo byli truci przez konkurentów! To głupie i niebezpieczne!
- Ebony, spokojnie... - powiedział głosem kojącym, łagodnym i delikatnym jak młode ptasie piórko. - Prawdopodobieństwo tego, że ten Turniej naprawdę się odbędzie jest bardzo niewielkie, praktycznie wcale go nie ma. Tacie powiedział to jakiś stary czarodziej po kilku głębszych, a wiesz, jak powinno się traktować takie wiadomości...
- Co nie zmienia faktu, że zgłoszenie się nadal jest głupie i niebezpieczne - naburmuszyła się, chociaż pewny i miękki głos Diggory'ego działał kojąco na jej nerwy, a nawet i jej serce, po małej wizycie w lewej kostce, wróciło na swoje miejsce. - Mamo, wytłumacz mu to, on nic nie pojmuje!
Początkowo Celia zamierzała zignorować wołanie o pomoc swojej córki, nie mając zupełnie pomysłu, jak powinna się ustosunkować do tego, co właśnie usłyszała. Jednak gdy Puchonka ponowiła swoją prośbę, nie widząc innego wyjścia z sytuacji, obróciła się w ich stronę, kładąc dłonie na biodrach.
- No cóż… - CeCe przypomniała sobie rozmowę z Isadorą, matką Cedrika, którą odbyły na krótko po tym, jak pojawiła się perspektywa organizacji Turnieju w Hogwarcie, ale wtedy również nie doszły do żadnej konkluzji. - Zacznijmy od tego, że Amos w ogóle nie powinien wam mówić o tym, czego dowiedział się od jakiegoś napotkanego czarodzieja, bo nawet jeśli to prawda - w co szczerze wątpię - to padła tu nieuczciwość względem innych uczniów, bo nie powinniście o tym wiedzieć wcześniej. Udział w czymś takim to naprawdę spore ryzyko, w końcu nie bez powodu przestano go organizować, ale jeśli już ktoś ma brać w nim udział... - Spojrzała na Cedrika szczenięcym wzrokiem. - To jesteś jedynym rozsądnym kandydatem i nie mam tu na myśli tylko wyboru reprezentanta, ale i zwycięzcy. Przedestawiciel Durmstrangu zapewne będzie bardzo silny i pewny siebie, ale jeśli chodzi o spryt i jasność myślenia, to może napotkać pewnie trudności. Natomiast co się tyczy Beauxbatons... Zakończyła cichym prychnięciem i odwróciła się do garnka, który zaczął się krztusić parą, a Ebony nie mogła uwierzyć własnym uszom, przecierając ze zdziwienia niebieskie oczy. -  Et tu, Brute... - jęknęła, a Celia posłała jej ostre spojrzenie piwnych oczu, tak odmiennych od oczu jej córki, znad ciągle kaszlącego naczynia.
- Przestańcie się trapić na zapas, rok szkolny się nawet jeszcze nie zaczął, ale jeśli o tym mowa... - urwała i nerwowo spojrzała na ścienny zegar z dwiema dodatkowymi planszami, wskazującymi bonusowo porę miesiąca i pory roku (końcówka jednego z nich tkwiła na samym początku jednej z plansz, oznajmiając, że nastał pierwszy września, a druga sterczała u schyłku tarczy, sugerując, że lato praktycznie się kończy, chociaż pogoda mogła na to nie wskazywać). - Amos już pewnie czeka... Morphius, zejdź tutaj! Kochanie, mamy tu uczniów do odtransportowania! Już ostatni raz...! - I ku ogólnemu zdziwieniu, po wypowiedzeniu tych ostatnich słów, zalała się łzami i podeszła do Ebony, mocno ją ściskając i całując na zmianę.


Cóż - muszę przyznać, że jestem pełna samozachwytu dla własnej osoby - ostatnim razem dodanie tutaj drugiej notki zajęło mi trzy miesiące, a tymczasem nie minął nawet tydzień.


♥ Strzyga, 15 stycznia 2011 - sobota.


Część pierwsza - raz jeszcze.

Postanowiłam jeszcze raz, tym razem sukcesywnie stworzyć opowiadanie, która pisałam tutaj w 2009 roku, a które - z powodu okropnego lenistwa autorki - zostało porzucone. Dalej jestem niewyobrażalnie "energooszczędna", a w dodatku nie pisałam nic dla własnej przyjemności od bardzo dawna, ale wierzę, że i ta umiejętność nie znika jak zdolność jazdy na rowerze. Tak jak i poprzednim razem proszę, aby osoby zainteresowane powiadamianiem o nowych notkach, takowe życzenie przedstawiły w księdze gości, a tymczasem zapraszam na lekturę opowiadania o pewnej Puchonce.


Gdyby nie pożółkła kartka w ściennym kalendarzu oznajmiająca wszem i wobec, że ostatek uwielbianego przez wszystkich wolnego czasu, zwanego również wakacjami, właśnie dogorywa, leżąc i kwicząc, nikt nie pokusiłby się o spekulacje, że zostało mu jeszcze kilka nędznych godzin egzystencji. Rozgrzana, czerwona kula z największą dumą tkwiła przez cały dzień na lazurowym, niezaprzątniętym przez obłoki niebie, na które zaczęła wspinać się o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Nie zważając na protesty oraz skargi, piekła, rumieniła i nagrzewała wszystko, co stanęło na drodze jej długich, utworzonych na kształt obślizgłych macek, promieni.
Przez cudownie dwa długie miesiące ciężko było o tak idyllicznie czyste niebo, rozgrzany asfalt, na którym bez problemu można było sobie upichcić jajko i temperaturę ponad trzydziestostopniową przy zerowym ruchu powietrza. Karma była cholernie bezlitosna i - o ile to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej nieprzewidywalna. A gdy dochodził przymus spakowania, a raczej upchnięcia wszystkich rzeczy w starym kufrze, pobudki o jakiejś paranoidalnej godzinie i długiej podróży do szkoły w celu spędzenia w niej jeszcze dłuższego roku szkolnego, cały sens tego przedsięwzięcia wydawał się być jeszcze bardziej niejasny.
Nawet zmrok, który zapadł już kilka dobrych godzin temu, pokrywając wszystko ciemną i lepką otoczką cienia, sprawiając, że błękity przeobraziły się w granaty i czernie, a róże i pomarańcze zachodu słońca w brązy, nie przyniósł oczekiwanego wytchnienia. Zielone listki drzew oraz źdźbła trawy tkwiły nieruchomo, wyprostowane niczym żołnierze najbardziej znamienitego pułku wojskowego. Delikatny wiatr, który miałby od niechcenia muskać włosy, policzki, stopy lub inne części ciała, które usilnie domagały się orzeźwienia, uciekł gdzieś daleko poza granicę atmosferycznych możliwości. Ebony Lawrence, krzywiąc się niemiłosiernie, otarła swoje świecące od kropelek potu czoło i dumnie spojrzała na efekt swojej pracy. Bez użycia nawet najmniejszej ilości czarów zdołała upchnąć w starym, służącym jej już siódmy rok kufrze, wszystko – od najróżniejszego rodzaju książek i ubrań do niezbędnych bzdetów, których sentymentalną wartość doceniała tylko młoda Puchonka, a których wyrzucenia usilnie domagała się jej mama.
W pełni świadomie zdecydowała się na to, że zrobi to w ostatniej chwili, mimo iż było to zupełnie sprzeczne z jej ogólnymi zasadami, w których nie było miejsca na niedbałość i lenistwo. Blondynka wiedziała, że dzisiaj nie uda się jej zbyt łatwo zasnąć, więc celowo szukała dla siebie coraz to bardziej wyszukanych i jeszcze bardziej nużących zajęć. Zastanawiając się nad kolejnym zaprzątaczem umysłu, zerknęła w kierunku okna, jednak jej uwaga nie skupiła się na Alabastrze – roślince, której obiecała wymienić ziemię, a na światełku, które majaczyło kilka metrów dalej.
Pośpiesznie podniosła się z chłodnych desek swojej podłogi i podeszła do okna, jednym ruchem odgarniając firanki i otwierając okiennice na oścież. Po wielu latach prób zdobyła się na zasiadanie na parapecie bez lęku, że spadnie, lub też, że jeśli to zrobi, to potrzaska sobie nie tylko tyłek. W pokoju Cedrika, znajdującym się vis-à-vis jej własnego, nadal paliło się światło, mimo iż upłynęły już dwie godziny od wybicia północy. Wystarczyło, że zawołała go tylko raz, a cały okienny proces, który ona sama przed chwilą wykonała, powtórzył się i teraz spoglądała na promienną, odrobinę zmęczoną twarz Puchona.
- Czemu nie śpisz? – zapytała, tworząc w powietrzu niewielkie kółka swoimi drobnymi stopami.
- Prawidłowe pytanie to, dlaczego ty nie śpisz? Chyba nie liczysz na to, że będę cię jutro niósł do pociągu. – Posłał jej wyzywające spojrzenie, a zaskoczona nagłą reakcją swojego serca blondynka, mocniej złapała się parapetu, mimo to mając wrażenie, że się z niego ześlizguje.
- No tak, jak kobieta pada do stóp, to wszystko jest w porządku, ale jak już ją trzeba podnieść, to żadnego chętnego. – Obruszyła się sztucznie, a następnie oboje parsknęli serdecznym śmiechem. – Cedrik…? Ja się boję…
Brwi Diggory’ego powędrowały w górę, a dłonią dał jej znak, aby kontynuowała, na co ona tylko opuściła swoją okalaną blond kudłami głowę. – No, Ebony… Chcesz czekać do rana?
Dziewczyna stęknęła, jakby właśnie ktoś kazał zrobić jej najnieprzyjemniejszą rzecz na świecie, skrzyżowała stopy i westchnąwszy, wystrzeliła niczym z procy: - No bo my się starzejemy!
Cedrik zaczął śmiać się tak głośno, że ręką musiał zakrywać usta, bojąc się, że pobudzi wszystkich domowników, a z jego oczu pociekły drobne kropelki przeźroczystych łez.
- Z tego, co mi wiadomo, to zostało ci drugie tyle lat, ile masz, zanim pojawią się zmarszczki, więc… - Złowrogie spojrzenie natychmiast sprawiło, że Puchon począł się reflektować. – Przepraszam, przepraszam. Nie chciałem się nabijać, ale miałem nadzieję, że poprawię ci tym humor.
- Kiedy ja się naprawdę boję, że to się potem wszystko rozleci, jak mój stary cynowy kociołek rok temu!
Cedrik spochmurniał, widząc, czego tak naprawdę dotyczy problem, któremu on sam, podobno twardy facet, nie był obojętny. - Każdy z nas się tego boi, bo za bardzo się do siebie przywiązaliśmy, ale ja wierzę, że jeśli jakaś znajomość jest naprawdę warta, to nic jej nie przekreśli.
- A co z naszą? – Ebony złapała się na tym, że jej usta zadrżały, a ręce stały się lepkie, co z pewnością nie wynikało z temperatury powietrza.
- Nasza zawsze była warta wszystkiego. – Uśmiechnął się szczerze, a serce niebieskookiej na moment przestało bić, aby potem nadrobić chwilowy zastój serią nagłych stuknięć. – A teraz już idź, bo zimno się robi.
- O czym ty?... – Lawrence spojrzała ukradkiem oka na rtęć uwięzioną w przymocowanym do okna magicznym termometrze, którego główną atrakcją były rosnące w zależności od temperatury kwiatuszki (przy 10 stopniach - zaczynały wykwitać pojedyncze krokusiki, przy dwudziestu - była ich już cała polanka, a gdy stopni było więcej niż 35 - kwiatuszki wybuchały z przegrzania, obsypując konfetti).
Blondynka zastukała w miejsce, w którym niebieska substancja zatrzymała się - w okolice dwudziestej kreski powyżej zera.
- No a co innego ja mam ci powiedzieć? Że jestem śpiący, a głupio mi się przyznać, że wymiękam, kiedy ty się jeszcze całkiem dobrze trzymasz? Idziemy już, bo oboje będziemy jutro parą duchów. – Posłał jej ostatni uśmiech i sprawnie zabrał się za powrót do pokoju. – Dobranoc, Lawrence!
- Dobranoc, Diggory…


Ebony jeszcze przez chwilę delektowała się odrobinę zimniejszym powietrzem i pełnym gwiazd, niemalże czarnym niebem, a następnie śladem przyjaciela, wróciła do pokoju i nie znajdując sobie nic lepszego do roboty, wgramoliła się do łóżka, leżąc nieruchomo.
Czy to było możliwe?
Cedrik - tak, wciąż ten sam, do którego od czternastu lat przychodziła z każdym swoim, mniej lub bardziej poważnym problemem, który kiedyś, całkiem przypadkiem, przykleił jej do warkocza klejącą się, słodką gumę do żucia, która z kolei sprawiła, że owy imponujący, miodowy warkocz trzeba było ściąć, ten, który nauczył ją wspinać się po drzewach – miał przestać być tym zwyczajnym, dobrym na każdą okazję, przyjacielem z piaskownicy?
Znała jego każdą stronę, wszystkie humory i nastroje - wiedziała, jak nagle pojawiają się dołeczki w jego policzkach, gdy uśmiecha się naprawdę, w pełni szczerze, jak przewraca oczami, gdy słyszy coś niedorzecznego, jak błyszczą mu się oczy, gdy natrafia na coś nowego i jak nagle ziębną mu ręce, gdy staje się zły. Była pierwszą osobą, którą zabrał do swojej tajnej kryjówki, chociaż był to tylko stary dąb w parku, niedaleko ich domów, której powiedział, że podoba mu się Priscilla Hefribb, chociaż było to na pierwszym roku, z którą odbył swój pierwszy szlaban za włóczenie się po zamku, chociaż było to niespełna dwa lata później.
Przywołała przed oczy obraz pierwszej sympatii szatyna i poczuła ukłucie żalu w swoim, rozkrzyczanym niczym wokalistka Fatalnych Jędz, sercu. Może i czas okazał się wyjątkowo surowy dla Pri i pokrył jej twarz niezliczoną ilością pryszczy, które nie ulegały zaklęciom nawet najbardziej wyszukanych czarodziei, a tam i ówdzie przybyło jej kilka kilogramów, to jednak mimo to, gdy liczyła sobie tylko jedenaście lat, była naprawdę pełną uroku dziewuszką.
Ebony nie posiadała żadnych szczególnych cech, które mogłyby wyróżnić ją z zwykłego, szarego tłumiku istot rozumnych (oczywiście nie wliczając w to faktu, iż machała różdżką, jak baletnica swą odzianą w białe rajstopy nogą, potrafiła całkiem sprawnie latać na miotle i w bulgoczącym kotle przyrządzać specjały, o którym paryskim szefom kuchni się na jawie nie śniło). Jak każdy człowiek umiała coś zapamiętać, coś przyswoić i czegoś się nauczyć, nie zadziwiając ani tempem wykonania tych czynności, ani wyszukanym sposobem realizacji. Ponadto i jej walory nie zapierały tchu w piersiach - a jeśli już o zapieraniu oddechu w tej części ciała mowa, Lawrence zawsze miała na tym punkcie spory kompleks. Niebieskie oczy i rozczochrana blond czupryna również nie budziły takiego zachwytu jak we wszystkich mugolskich filmach, a i sylwetka - chociaż nienaganna - nie przyćmiewała innych, hogwartskich sylwetek.
Z gardła lazurowookiej także nie wydobywał się odgłos godny górnych, słowiczych, tudzież skowronkowych lotów, a koordynacja ruchowa w tańcu była dla niej czarną magią, zupełnie tak samo jak przyrządzanie eliksirów na lekcjach Snape'a.
Westchnęła ciężko i poczęła przewracać się na łóżku, mając nadzieję, że w ten sposób strzepnie z siebie mgiełkę nagłych, nieistniejących do tej pory, myśli o swoim przyjacielu, co niestety nie przynosiło żadnego efektu.
- Ebony, przestań się już wiercić i idź spać! Jest środek nocy, a jutro jedziesz do szkoły! – Blondynka struchlała, usłyszawszy zniesmaczony, odrobinę zagniewany głos jej zazwyczaj spokojnego ojca i, zupełnie jakby ktoś potraktował ją zaklęciem, znieruchomiała, zamknęła powieki i zmyśliwszy się kilka razy od istot niewielkiej inteligencji, zasnęła.


♥ Strzyga, 9 stycznia 2011 - niedziela.